Od-ważniej! Trochę o wadze i ważeniu

Od-ważniej! Trochę o wadze łazienkowej i nie tylko.
Dalibóg, nieraz to dowód dużej odwagi, by do wagi chociaż się zbliżyć – choćby na odległość strzału z procy.
Są jednostki, dla których nie stanowi to najmniejszego problemu – my jednak do tej grupy osobników zdecydowanie nie należeliśmy. Zresztą i obecnie trudno powiedzieć, że jesteśmy zagorzałymi fanami tego wyrafinowanego narzędzia tortur, jakim jest waga.
Zmiana nastawienia, choćby i minimalna, jest jednak nieodzowna dla chcących na serio podjąć skuteczną akcję odchudzającą. Warto się od-ważać, bo lepszego miernika naszych dietetyczno-odchudzających cierpień, jak dotąd nie wynaleziono. Dieta redukcyjna może naprawdę przynieść kilka nie zawsze miłych niespodzianek, czasem – gdy się systematycznie nie od-ważamy, bardzo trudnych do uchwycenia w porę.
Aby łatwiej się od-ważać, wskazane jest na początek znalezienie sobie nowego przyjaciela – może nim zostać na przykład waga łazienkowa.
 Jesteśmy świadomi, jakie to niemiłe, zwłaszcza dla osób o słusznej masie.
Ten piekielny i zupełnie niepotrzebnie wynaleziony przyrząd jest zawsze zepsuty, zawsze pokazuje za dużo.
 I nawet elektronika zawodzi. Wagi elektroniczne wcale nie są lepsze. Jakieś takie niedokładne, z wyraźną tendencją do zawyżania wyników.
Przez całe lata wszelkie wagi, na które trzeba było włazić, postrzegaliśmy w kategoriach wroga, fatum i choroby zakaźnej w jednym. Trudno pokochać wroga i tu zapewne tkwią korzenie naszej nieufności wobec wszelkich przyrządów ważących.
Przez lata nauczyliśmy się je ignorować, ograniczając kontakt do niezbędnego minimum – najczęściej w kuchni. Gdy Elżbieta piekła jakieś ciasto według nowej receptury, czasem ważyła składniki. Szybko jednak odkrywała, że „na oko”, intuicyjnie też można dobrać proporcje i efekt finalny wcale nie odbiega od jakości pierwowzoru.
Wyjątek potwierdza jednak regułę: pomimo tej całkiem przyjemnej możliwości zastosowania – wagi nie kochaliśmy i nie mieliśmy najmniejszej ochoty z nią się spoufalać. Po jakimś czasie z niejakim zdumieniem odkryliśmy, że ów stan trwa zazwyczaj dopóty, dopóki wskazania tego wrażego przyrządu coraz bardziej nie zaczynają się nam podobać, bo systematycznie pokazują coraz mniejsze wartości. I tak to właśnie działa. Chęć do włażenia na wagę jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości jej wskazań. Waga to nie przyrząd do wzbudzania wyrzutów sumienia, a ważne narzędzie kontroli.
Przede wszystkim ostrzega przed nieprawidłowościami, sygnalizuje konieczność modyfikacji naszej diety. Pół biedy, gdy pomimo rozpaczliwych wysiłków i wpychania w siebie różnych niskokalorycznych paskudztw, nie odczuwamy efektów. Jeśli naprawdę przestrzegamy wszystkich zasad  – pozostaje uzbroić się w cierpliwość. Rezygnacja z pewnością nie spowoduje, że staniemy się szczuplejsi.  A w każdym razie nie tym razem… Waga pomoże przezwyciężać tego rodzaju kryzysy, bo używana systematycznie, dostarczy jednak informacji, że mimo wszystko chudniemy. Nieważne ile, ważne że systematycznie.
To jest właśnie doświadczenie Elżbiety. Dzięki pobytom na wadze nie zrezygnowała, robiła swoje, aż nadszedł dzień, gdy w sumie bez wyraźnego powodu, możliwego do zdefiniowania – ukochane kilogramy zaczęły ją opuszczać w tempie widocznym. I jakoś nie rozpaczała.

Znacznie poważniejszym zagrożeniem jest zbyt szybka utrata tuszy, mimo że zazwyczaj bardzo nam się to podoba i jesteśmy z siebie dumni. Może to być jednak nie do końca pożądany efekt zbyt radykalnej diety.
Trudno określić wartość progową, bezpieczne tempo zależy od szeregu czynników: wieku, stopnia, rodzaju otyłości itp. Brak jednoznacznych, obligatoryjnych wskazań. Przyjęliśmy (zgodnie zresztą z sugestią dietetyka, u którego byliśmy jeden jedyny raz, gdy Darek debiutował jako pacjent poradni diabetologicznej), że maksymalnie można tracić do 4 kg/ miesiąc. Jeśli wartość ta będzie przekraczana – należałoby prosto z wagi truchcikiem pobiec na konsultacje do pana doktora. Skutki zbyt intensywnego odchudzania mogą na przykład odbić się na naszej skórze, która może nie nadążać z dostosowaniem się. Ów wymiar estetyczny odchudzania nie jest jednak najgorszy. Z tymi wszystkimi „chomikami”, „pelikankami” i innymi zwisłościami skóry da się żyć, da się je pokonać. Wyostrzone rysy twarzy, zmarszczki, mogące być źródłem dyskomfortu psychicznego -również są możliwe do zminimalizowania. Gorzej, gdy zbyt szybkie ubytki wagowe wskazują, że albo nam się właśnie udało, albo jesteśmy na najlepszej drodze do rozregulowania procesów metabolicznych naszego organizmu… A to z kolei może spowodować łańcuch nowych, trudnych do przewidzenia schorzeń… I to jest owo potencjalne niebezpieczeństwo zbyt ostrego odchudzania, i dlatego wizyta u pana doktora w tym przypadku jest ważna (choćby po to, by przekonać się, że wszystko jest OK), i dlatego warto od czasu do czasu gramolić się na wagę, notując sobie jej wskazania.
Waga może być jednak zdradliwa. Zauważyliśmy pewną pułapkę: spadek, nawet znaczny, masy wcale nie musi oznaczać zgrabnej, wiotkiej sylwetki. Wcale nie musimy chudnąć proporcjonalnie. Wyobraźmy sobie sytuację wcale nie rzadką, że chudną nam łydki, bicepsy, szyja,  dziurki w nosie, a brzuch nieznacznie rośnie – waga może wszakże pokazać nawet mniej niż podczas poprzedniego pomiaru…  I dlatego warto posiłkować się centymetrem krawieckim…
Zazwyczaj, newralgicznymi miejscami są brzuchy panów, biodra oraz, no, powiedzmy, bardzo dolna część pleców pań. I te właśnie podejrzane, zdradzieckie miejsca mierzyliśmy ( i nadal mierzymy, niejako z rozpędu) w pierwszej kolejności. Za antidotum uważamy odpowiednio dobrane ćwiczenia, nie zaś te wszystkie cudowne preparaty, spalające tkankę tłuszczową (jak przynajmniej twierdzą twórcy reklam) brzuchów, więc „dietetycy i trenerzy płaczą lub zielenieją z zazdrości”. Nawet jeżeli one specyfiki działają (co wydaje nam się tak samo prawdopodobne jak to, że Elvis żyje), czyż można zażywać je przez całe życie? Może lepiej poprzestać na ćwiczeniach?     Dobrym pomysłem jest także okresowe badanie składu ciała, pozwalające na ustalenie proporcji wody, tłuszczu i masy mięśniowej.

Reasumując, waga jest niezbędna. Skoro zdecydowaliśmy się już na odchudzanie, chyba nie warto robić tego w sposób chaotyczny, nie do końca świadomy – bo możemy nie zauważyć pierwszych zwiastunów i rzucić całe to odchudzanie w diabły, zanim nasze kilogramy zaczną znikać. Możemy też nie zauważyć w porę zagrożeń, związanych ze zbyt szybką utratą masy, Oponką itp. Możemy wreszcie przegapić moment, kiedy należy powiedzieć stop! koniec odchudzania; jestem już chudym grubaskiem – i już wystarczy.
Pamiętajmy, że niechciane skutki źle realizowanej diety redukcyjnej bywają często znacznie trudniejsze do naprawienia niż samo przeprowadzenie diety.
Wątpimy, czy bez wagi odchudzanie ma sens. Nie warto się bezsensownie męczyć, stresować.
Pamiętajmy jednak – niechęć do przebywania na wadze jest ściśle powiązana z posiadanym nadmiarem kg. I w pewnym momencie przemija. Wiemy to z doświadczenia.😊

No i oczywiście wnioski… Analiza sytuacji i dostosowanie swoich działań do tego, co waga pokazuje mają znaczenie fundamentalne. Bez wyciągania i wdrażania wniosków – przebywanie na wadze będzie tylko mile spędzonym czasem.
I niczym więcej.

Nordic walking – Jarnołtówek 2018

Decyzję o spędzeniu kilku dni w Jarnołtówku podjęliśmy zupełnie spontanicznie. Zwłaszcza, że jeszcze nigdy tam nie byliśmy.
Góry Opawskie nie są wysokie i zajmują niewielki obszar. Wciśnięte między Karkonosze a Beskidy, jako region turystyczny pozostają w ich cieniu, ludzi jakby tu mniej – co nas akurat specjalnie nie zmartwiło. Fajna kwatera, z aneksem kuchennym, bardzo miła właścicielka. No i ta błoga, błoga cisza. Wszystko, co lubimy.
Nasza pierwsza wyprawa na kijach niezbyt się udała. Chcieliśmy dotrzeć do Żabiego Oczka, miejsca, gdzie wg legendy znaleziono olbrzymią bryłę złota, co zresztą znalazca przepłacił życiem. Poszliśmy wg wskazań gminnego drogowskazu, minęliśmy parę domów i znaleźliśmy się na jakiejś zarośniętej miedzy. Zero szlaku, zero kolejnych drogowskazów… Doszliśmy w końcu do jakiejś drogi, gdzie zaniepokoiły nas tablice ostrzegawcze o odbywających się tu detonacjach, odstrzałach – nie wiedzieliśmy do końca, czy dzików, czy turystów. Zaryzykowaliśmy jednak i poszli dalej, aż w końcu doszliśmy do jakiejś kopalni kruszywa – zakurzony teren, jakieś hale (bynajmniej nie górskie), zwałowiska, portiernia z wojowniczo wyglądającym strażnikiem w środku. Para dziwaków na kijach jednak nie wzbudziła jego czujności, bo nawet nie odbezpieczył rewolweru. Tak spostponowani, zawróciliśmy. Znaleźliśmy jednak drobne pocieszenie w postaci jeżyn, rekompensatę za nasz trud i przebytą traumę.
Następny wypad okazał się już bardziej udany. Piekiełko. Ale bez tych wszystkich rogatych jegomościów… Nieczynne wyrobisko, bodajże łupków.
Ze względu na upał i duchotę wyruszyliśmy dość wcześnie rano, a i tak najcieplej było, gdy szliśmy przez Jarnołtówek. Jeszcze tylko kawałek asfaltem, ale już w cieniu, bita droga i wreszcie szlak. Bardzo mocno zacieniony, wiodący przez las.
Nasilający się skwar był zupełnie nieodczuwalny, w pewnej chwili ogarnął nas nawet lekki chłód. Bardzo dobra trasa na upalne dni… Z Piekiełka pomaszerowaliśmy dziarskim krokiem, gdzieś w stronę Gwarkowej Perci, zdobywając po drodze Bukową Górę. Wyruszając na spacer nie mieliśmy specjalnie pojęcia, że taka góra w ogóle istnieje. Skoro jednak ją zdobyliśmy… Trzeba było uwiecznić przynajmniej jednego z Wielkich Zdobywców (drugi jest średnio fotogeniczny).
Rozochoceni powrotem z piekła, pardon, Piekiełka, a także zdobyciem Bukowej Góry – postanowiliśmy wzbić się na lokalne wyżyny, to znaczy Biskupią Kopę (890 m n.p.m.), najwyższy szczyt w okolicy. Czyli w sam raz dla takich turystów, jak my. Mimo, że trasa nie należała do trudnych – trochę się obawialiśmy. Przede wszystkim zachowania kręgosłupa Eli (zalecano jej ostrożność także w łażeniu po górach), no i naszych kijków. Czy okażą się przydatne, czy wytrzymają? Wszak nie są przewidziane do trekkingu w górach. Trasę o długości ok. 15 km Ela pokonała bardzo dzielnie i sprawnie, kije również wytrzymały. Powiedzmy jednak szczerze, szlak na Kopę bardziej przypominał leśną ścieżkę lub polną drogę. I dobrze.
Kamienie – namiastka piargu – pojawiły się dopiero na ostatnim podejściu przed Domem Turysty, gdzie czekała na nas wyborna jajecznica z, o dziwo, ciemnym pieczywem (mieli!) oraz panorama Gór Opawskich.
Odpocząwszy chwilę, pokrzepiony śniadankiem Dyrektor Artystyczny naszej grupy wspinaczkowej podjął decyzję o przypuszczeniu szturmu na szczyt i , nie czekając na demokratyczne głosowanie, pomknął samotrzeć w górę.
Przed ostatecznym atakiem przeprowadziliśmy mały trening wspinaczkowy,


włażąc na pniaczek, a potem ćwicząc pozy zdobywcy i spoglądanie w dół, ku przepaściom…
No i wreszcie wierzchołek, a na nim wieża widokowa, której budowniczowie, z sobie wiadomych powodów nadali kształt, przypominający latarnię morską. Czyżby subtelna metafora? Może wyraz metafizycznej miłości, albo tęsknoty górala za morskimi falami? (Albo wczasami pracowniczymi w Kołobrzegu?) Trudno wyrokować…
Zakończywszy te filozoficzne rozważania, postanowiliśmy wracać. Nie lubimy chodzić po własnych śladach, wiec wybraliśmy inną trasę, szlak czerwony. Miał nas zaprowadzić do Pokrzywnej, a zaprowadził w pobliskie krzaki. Konsternacja. Gdy ochłonęliśmy, postanowiliśmy zrezygnować, bo wyglądał na mało uczęszczany. Więc nawet, gdyby udało nam się go w końcu odnaleźć, mogłaby nas na nim spotkać niejedna, nie zawsze miła niespodzianka… Chcąc nie chcąc poszliśmy więc własnym tropem. Ale niedługo. Udało się zmienić trasę i odbić na Przełęcz Mokrą (Przełęcz pod Kopą) oraz  Cichą Dolinę.
Otoczyła nas sieć strumieni, większych, mniejszych, wijących się i spływających prostopadle do zbocza.  Szemrzących, szepczących… Prawdziwa kaskada szumów, poszumów, symfonia wręcz. Płynęły wzdłuż ścieżki i po niej, czasem ją przecinały…Niesamowite.
Chyba właśnie to miejsce jest związane z legendą o założeniu Jarnołtówka. W czasach jeszcze dawniejszych niż zamierzchłe zamieszkiwał  tu Jednorożec, stwór bynajmniej wcale nie niewinny i dobroduszny, jak te znane z historii o Harrym Potterze (wg niektórych złośliwców Chorym Portierze). Dzisiaj być może powiedzielibyśmy, że Jednorożec był obrońcą środowiska naturalnego. Przed cywilizacją. I to obrońcą skutecznym. Nielicznych kandydatów na osadników, którzy odważyli się wejść do jego lasów zabijał i chyba zjadał, bo ginęli bez wieści. Jednak pewnego dnia niechcący zaplątał się w zarośla i tak go znaleźli kolejni śmiałkowie, chcący się w tym miejscu osiedlić. Znaleźli i ubili. Jarnołtówek zaczął się rozwijać, mniej więcej od czasów średniowiecza stając się znanym ośrodkiem wydobycia złota, zaś Jednorożec pozostał jedynie w jego herbie.
Jarnołtówek to dobre miejsce aktywnego wypoczynku dla początkujących piechurów, czy rodzin z dziećmi. Trasy spacerowe usytuowane w jego pobliżu generalnie nie wymagają jakiejś superkondycji, ani zdolności ekwilibrystycznych, ani zapału do pokonywania przeszkód terenowych.
Infrastruktura Jarnołtówka niejako prowokuje do spacerów po górach. Drogi, zarówno dojazdowe, jak i te w samej miejscowości są dość kręte i wąskie. Z poboczami i chodnikami też bywa różnie… Innymi słowy, z pewnością przyjemniej iść trochę w górę, niż maszerować szosą, oglądając się co chwila, czy czasem nie nadjeżdża jakiś pojazd zmechanizowany.
Tym niemniej nie przeszkadzało nam to na tyle, by nie zaplanować ponownego przyjazdu. Najpóźniej w maju przyszłego roku.

 

 

Od-ważna dieta

Aspekt odchudzania – bardzo nielubiany, a zarazem niezbędny. Dla poprawy samopoczucia, dla świętego spokoju, dla bezpieczeństwa…
Monitorowanie, czyli mówiąc po ludzku kontrola/samokontrola.
Trudne. Bo któż z nas lubi być kontrolowany, i to jeszcze przez samego siebie? Nieodzowne. Pocieszeniem może być jednak fakt, że w pewnym momencie staje się przyzwyczajeniem.
Całkiem przyjemne… Gdy zaczynamy dostrzegać efekty… Po jakim czasie? Nie odpowiemy… Podejmowaliśmy różne próby walki z naszym tłuszczem, bezskutecznie katowaliśmy się na różne sposoby – i nic. I wtem, ni z tego, ni z owego – efekty przeszły same siebie. I jesteśmy przekonani, że ta prawidłowość może dotyczyć absolutnie każdego kandydata na chudzielca, który chwilowo ma nadwagę lub jest otyły… (Dla nas ta chwila trwała odpowiednio 20 -40 lat). Trzeba być cierpliwym.
Wróćmy jednak do narzędzi monitorowania naszej dietki. Krótki przegląd:
Przede wszystkim trzeba się od-ważyć. Od-ważyć, czyli włazić na wagę. I jeszcze notować wyniki…. A zatem pierwszym instrumentem jest waga. Zaczęliśmy stosować, początkowo bez wielkiego entuzjazmu, w miarę upływu czasu jednak coraz chętniej…
Z innych narzędzi tortur, oprócz ważenia, poddawaliśmy się kontroli częstotliwości posiłków i jadłospisu. Zwracając uwagę na zawartość naszego talerza, pilnowaliśmy, co akurat przy odchudzaniu jest dość oczywiste, by nie było na nim dań tłustych, smażonych na głębokim tłuszczu, o niebotycznym IG. Jednocześnie, ze wszystkich sił swoich, Ela urozmaicała menu…. Bez szczegółowych rozpisek, tygodniowych planowań itp.  (chodziło z grubsza o to, by nie nadużywać składników podnoszących poziom glukozy, a także, by nie umrzeć z nudów, jedząc przez cały tydzień np. mizerię lub schab duszony z warzywami). W tej chwili jeszcze trudniej mówić o jakimś skrupulatnym monitorowaniu posiłków, bo wprowadzone zmiany są już naszym nawykiem. I nawet nie spostrzegliśmy, kiedy tak się stało. Wcześniej nie wiedzieliśmy, że dania smażone, panierowane, tłuste  niekoniecznie są smaczne, a zapach smażonego oleju, smalcu, margaryny czy masła – niekoniecznie przyjemny. Albo raczej wydawało nam się, że jest inaczej. Szybko jednak zostaliśmy znanymi amatorami ryb gotowanych, duszonych mięs, rozmaitych surówek i gorzkiej czekolady. Okazało się, że ten element monitoringu diety wbrew pozorom bywa dość łatwy do zaakceptowania i stosowania. Wiemy jednak, że może być inaczej i z tego właśnie powodu go wymieniamy.
Zdecydowanie więcej uwagi musieliśmy poświęcić kontroli regularności posiłków. Tu do pokonania były wieloletnie przyzwyczajenia. Jadać regularnie, mniej a częściej, w miarę o stałych porach… Mantra. Wpierw o tym obowiązku przypominał zegarek, potem matka – natura.
Naprawdę szybko można się nauczyć odbierania sygnałów organizmu, że warto coś przekąsić. Problem w tym, by były to stałe pory, a nie wynikające z zachcianek podjadania. Sam organizm też jest bardzo pojętny pod tym względem, bardzo łatwo wpada w stały rytm i dyskretnie, we właściwej porze przypomina o swoich potrzebach.
Niektóre metodologie odchudzania sugerują konieczność liczenia kalorii. Od razu podziękowaliśmy pięknie i do dziś nigdy tego pieroństwa nie odliczamy.
Bo tak naprawdę, to wszystko jedno, czy człowiek schudnie w tydzień 10 dekagramów czy  2 kilo. Ważne, by odbywało się to systematycznie i adekwatnie do indywidualnych możliwości dostosowawczych organizmu. Konieczność wyliczania, dodawania, odejmowania jest czynnikiem odstraszającym, ale zupełnie niekoniecznym (tak nam się przynajmniej wydaje i – o zgrozo, udało nam się to potwierdzić własnym przykładem zresztą). Wyjątek oczywiście stanowią sytuacje, warunkowane utrzymywaniem odpowiedniego poziomu insuliny. I wtedy nie ma zmiłuj. Liczyć wypada, jeżeli nie chce się przedwcześnie leżeć na pastwiskach niebieskich. A zatem Wielkie Odliczanie jest nieodzowne jedynie przy ostrej diecie glikemicznej, połączonej z koniecznością zażywania insuliny – nie zaś przy „zwykłym” odchudzaniu. Aczkolwiek narzędzie kontroli poziomu glukozy -glukometr też jest obecne – stosuje je tylko Darek.No i jeszcze lustro… Jednak nie do napawania się swym widokiem, a głównie do sprawdzania stanu skóry. Lustro,  które zwłaszcza dla panów może być instrumentem równie uciążliwym jak waga – jest doskonałym jej uzupełnieniem. Zwłaszcza, gdy wskazówka wagi zaczyna coraz wyraźniej przesuwać się w dół. I gdy odbywa się to szybko.
             (Dzięki uprzejmości właścicieli Gościńca Ostoja w Lubieszewie).

Wpierw nie dowierzamy, potem wpadamy w euforię i bardzo łatwo możemy wówczas zapomnieć że nasza skóra nie jest z lycry, nie dostosowuje swego kształtu i rozmiaru, wręcz przeciwnie – z reguły nie nadąża za tempem ubytku tkanki tłuszczowej – stąd i może sprawiać wrażenie rozciągniętej, zacząć zwisać, niczym nawis inflacyjny. Przy dużej redukcji wagi – raczej nieuniknione, możliwe jednak do zminimalizowania… Trzeba jednak wpierw te zmiany wychwycić… A jak to zrobić lepiej, jak nie przy pomocy lustra?
               (Dzięki uprzejmości właścicieli Gościńca Ostoja w Lubieszewie)

I to właściwie cały monitoring od-ważnej diety. Straszne?

powrót do „Dieta”

 

Gliniany Garnek – pęczak z warzywami

Do sporządzenia tej potrawy niezbędny jest gliniany garnek, który może być używany w piekarniku. Taki garnek nabyłam kilka lat temu podczas pobytu w Bułgarii, można jednak jednak je zakupić drogą elektroniczną. Znalazłam niedawno witrynę sklepu internetowego oferującego oryginalne garnki bułgarskie różnej wielkości w cenach ok. 80 -100 zł.

4 porcje
Składniki:
1 szklankakasza pęczak lub orkiszowa
2 - 3 szt.marchewka
1 - 2 szt.pietruszka korzenna
1/2 szt.korzeń selera
1 - 3 szt.pasternak
1 szt.por - część jasna od korzenia
1 - 2 szt.cebula
2 - 3 szt.papryka
1 szt.cukinia - (opcjonalnie, w sezonie) dodajemy na końcu
1 kostkabulion warzywny
pieprz grubo mielony
Sposób przygotowania:
Rozpuszczamy kostkę bulionową w szklance gorącej wody.
Na dno garnka wsypujemy kaszę, zalewamy gorącym bulionem
pokrojoną w paski (lub kostkę) paprykę układamy na warstwie kaszy, następnie - pokrojone w paski marchewkę, seler, pietruszkę, pasternak oraz cebulę - pokrojoną w talarki lub ósemki, a także por, pokrojony w talarki.
Całość wstawiamy do piekarnika, ustawionego na 170 - 180 stopni C- i z funkcją termoobiegu lub "góra - dół".
Po ok. 40 - 45 min. sprawdzamy miękkość warzyw
( powinny być półtwarde) i dodajemy cukinie, pokrojone w półplasterki.
Garnek pozostaje jeszcze w piekarniku przez 15 - 20 min., tak aby warzywa były al'dente.

Gotowe. Smacznego.

Gorace dania – jarskie

Leczo paprykowo – cukiniowe

4 porcje
Składniki:
3-4 szt.papryka -czerwona, zielona, biała, żółta (tak, by było kolorowo)
2-3 łyżki olej z pestek winogron
2 szt.cebula
2 szt.cukinia
2-3 szt.pomidory (mogą być pomidory z puszki)
2 łyżkikoncentrat pomidorowy
przyprawy: pieprz, odrobina soli
Sposób przygotowania:
papryki - kroimy w paski lub w kostkę
Rozgrzewamy olej na głębokiej patelni, wrzucamy papryki
i lekko obsmażamy, nie dopuszczając do zarumienienia
Podlewamy wodą, zakrywamy pokrywką
i dusimy chwilę na wolnym ogniu
cebule - kroimy w półtalarki i dodajemy do papryki
Kiedy papryka i cebula (po ok. 15-20 min.) stają się miękkie (lecz nie rozgotowane) - dorzucamy pokrojone pomidory (lub pomidory z puszki)
Pokrojoną w półplasterki cukinię układamy na pomidorach
i dusimy ok. 20 min. (woda nie może wyparować - w razie konieczności podlewamy)
Leczo mieszamy, doprawiamy, dodajemy koncentrat, mieszamy ponownie


Gotowe. Siadamy i zajadamy. Smacznego.

Gorące dania – jarskie

 

Siłownie

Jak mało kto rozumiemy, że brzuszki noszone przed sobą zupełnie nie potęgują zapału sportowego, mogą za to potęgować wszelką do niego niechęć.  Niechęć wynikającą z obawy przed śmiesznością. Śmiesznością, czyli tak naprawdę przed czym? Spojrzeniem, głupawym, ironicznym uśmieszkiem lub jeszcze głupszym komentarzem?  Pewnie, pulchny jegomość w pstrokatym wdzianku podrygujący w plenerze może nawet wydać się komiczny, zależnie od stopnia poczucia humoru. Ale to już nie te czasy. Ludzie są bardziej tolerancyjni lub – jak kto woli, zbyt skupieni na sobie, żeby zwracać uwagę na innych… A nawet jeżeli zwrócą, to co? Na głupi komentarz, spojrzenie, grymas zawsze można odpowiedzieć jeszcze głupszym – i po sprawie. Za 15 min. nikt nie będzie pamiętać o zajściu, bo i po co? Zresztą, czy od tego zależy nasze życie? A od aktywności – w jakiejś mierze i owszem. Innymi słowy, do boju!

Zaczęliśmy, jak już się chwaliliśmy, od fikalni, czyli odkrytych ogólnodostępnych siłowni.
Okazały się jednak niewystarczające. Nie, nie dlatego, że jesteśmy tak wymagający i ambitni – powody są inne: trudno iść na taką siłownię np. w grudniu, a ponadto – urządzenia z reguły nie są tam wyposażone w regulatory obciążeń, pozycji etc., co sprawia, że dla osób ze schorzeniami kręgosłupa mogą się okazać wręcz niewskazane, zaś niezależnie od tego wszelkie ewolucje gimnastyczne wykonywane na nich, choćby i z największym samozaparciem, zapewne przyniosą efekty gorsze od oczekiwanych.
Właśnie dlatego z bólem w sercu pożegnaliśmy poczciwe fikalnie i zaczęliśmy odwiedzać siłownie pod dachem. Nie jest to jednak rozbrat całkowity – czasem wpadamy, niejako po drodze, podczas nordic walking, chwilę się poruszamy i maszerujemy dalej.
Podstawę stanowią jednak wspomniane siłownie pod dachem. Właśnie tam Ela odkryła w sobie duszę sportowca wyczynowego. Przypomnijmy: sieć siłowni tylko dla Pań, w abonamencie stała opieka trenera, zestawy ćwiczeń uwzględniające nawet indywidualne schorzenia klubowiczek, możliwość uzyskania porady dietetyka, systematyczne bilanse masy ciała – słowem bardzo spersonalizowane podejście do klientek; kapitalna sprawa przy niewygórowanej cenie karnetu; Darek też nawet zaczął kombinować jak tam przeniknąć; jednak depilacja łydek, blond peruka i mówienie piskliwym głosem nie na wiele się zdało: został zdemaskowany i psem poszczuty; a teraz poważnie: idea takiej siłowni jest fantastyczna i szkoda, że nie istnieją analogiczne – męskie. I widać to zresztą po wynikach. Te osiągane przez Elżbietę są znacznie lepsze, bardziej widoczne.
Nie będziemy przedstawiać szczegółowych instrukcji, technik wykonywania ćwiczeń. Nie jesteśmy ekspertami, nie czujemy się kompetentni, zwłaszcza że w sieci można znaleźć naprawdę wiele wartościowych materiałów, opracowanych przez profesjonalistów. Wszystko zależy od celów, jakie chcemy osiągnąć. Inaczej powinien postępować ktoś, kto jedynie chce zrzucić parę kilo, inaczej ktoś, komu znudziło się być chuderlakiem i zachciało mu się zostać domowym strongmanem lub ciotecznym praprawnukiem niejakiego Heraklesa (zwanego dla niepoznaki Herkulesem) – jeszcze inaczej osoby, które odkryły w sobie talent rzeźbiarza i z braku marmuru rzeźbią swoje ciała. Osobną bajkę stanowią ci wszyscy, którzy przygotowują się do startu w zawodach kulturystycznych lub innych konkursach piękności (np.męskiej). A zatem od celów zależy zakres i charakter treningów (wolne ciężary?, cardio?, maszyny siłowe?) Można też zacząć realną (nie tylko wirtualną) współpracę z trenerem personalnym. My takich ambicji nie mamy. Ćwiczymy sobie dosyć lajtowo, głównie po to, by nie przypominać baloników, z których uszło powietrze. Ograniczymy się zatem do stwierdzenia, że siłownia nie jest już skupiskiem pozbawionych szyi, wygolonych, tatuowanych gentlemanów o wymiarach szafy trzydrzwiowej, ponurych spojrzeniach, którzy traktują trening, jak naukę wojennego rzemiosła. Owszem, zdarzają się osobnicy budzący niejakie obawy, lecz zupełnie nie przejawiają krwiożerczych instynktów i okazują się całkiem sympatycznymi ludźmi.
Zabieramy ze sobą zmienne obuwie sportowe, nawet w lecie. (Zresztą wszędzie wiszą stosowne kartki), ręcznik do podkładania na siedzisko (i ocierania potu, gdy ćwiczymy zbyt zapamiętale), wodę do popijania (podobno do nawadniania mięśni; w każdym razie wszyscy popijają, więc czemu mamy być gorsi?)
Częstym grzechem nowicjuszy jest dobieranie zbyt dużych obciążeń (niech ten po nas widzi, jacy jesteśmy cool). Lepiej i bezpieczniej jednak dostosowywać je do swoich możliwości. Ponadto, siedząc na maszynie, nie machamy wszystkimi dostępnymi wajchami jak pomyleni. Mięśni od tego raczej nie przybędzie, a raczej – te, które już są, będą nadmiernie bolały lub przy odrobinie szczęścia nabawimy się kontuzji, jakiegoś naderwania ścięgna lub innych przyjemnych rzeczy.
Wiemy już, że ważniejsza jest staranność wykonania danej frazy, praca oddechem (praca przeponą, zwłaszcza przy ćwiczeniach mięśni brzucha), pozycja ciała, powtarzalność niczym w skokach narciarskich i unikanie przeprostów (czyli nie wyprostowujemy kończyn na maxa, aż coś w nich chrupnie).
Nawet, gdy człowiek jest świetnie przygotowany teoretycznie – trudno w momencie w 100% kontrolować siebie – owe przeprosty, zbytnie odchylanie się do tyłu lub zaokrąglanie pleców, dynamikę ruchów, czyli wszystko to, co powoduje, że z wielkim wysiłkiem młócimy powietrze – i nic poza tym. Dlatego też dobrze ćwiczyć w parach lub korzystać z opieki trenera.
No i czas na epilog – może i najprzyjemniejszą część treningu, tzn. konsumpcję jogurtu, serka grani lub innego skyra. Zaleca się bowiem, aby po ćwiczeniach dostarczyć sfatygowanym mięśniom czegoś, co zawiera białko. W niektórych siłowniach można od razu kupić jakieś wysokobiałkowe odżywki, batoniki,witaminy itp. My podchodzimy jednak do nich nieufnie, a poza tym nie jesteśmy na żadnym etapie rzeźbienia swoich mięśni, i zresztą nawet nie odczuwamy takiej potrzeby. Obawiamy się poza tym, że po takiej wyżerce pojawią się niespodziewane komplikacje. Może nie od razu, ale po kilku, kilkunastu latach… Jakoś dziwnie kojarzą nam się one ze sterydami lub enerdowskimi pływaczkami… Może niesłusznie.
Zupełnie nie przejmujemy się, że inni mają smuklejsze sylwetki, bardziej subtelne ruchy (panie), większe bicepsy, czy bardziej opięte koszulki na torsach (panowie). Po prostu robimy swoje, wychodząc z założenia, że wszelkie ćwiczenia i manewry na siłowni mają przede wszystkim zniwelować – na tyle, na ile się da – wszelkie niepożądane skutki dużej utraty wagi. Nie chcemy doprowadzić do konstatacji, że nasze brzuchy (a raczej to, co po nich zostało) spadły. Na kolana.
I to jest właśnie nasz cel chodzenia na siłownię.

 

Siła diety

Nie od razu doceniliśmy Siłę diety. I  jest to, jak dotąd,  jeden z naszych najpoważniejszych  grzeszków. Niby wiedzieliśmy, niby czytaliśmy… Tak, tak, diecie, odchudzaniu, zmianie sposobu odżywiania musi towarzyszyć aktywność ruchowa, a jednak… Zachowywaliśmy się jak ów krnąbrny pacjent w gabinecie lekarskim, słuchający co odrzucić, z czego rezygnować, co robić by zdrowo żyć, a i tak wiedzący swoje.  Konsekwentnie omijaliśmy wszystko, co związane z aktywną rekreacją, choć niby wiedzieliśmy, że to pożądane.  Zwłaszcza, iż tempo pojawiania się efektów zmian jadłospisu przerastało nasze najśmielsze oczekiwania. Wszystko potwierdzało, że – aby tracić momentami nawet  i 5 kg miesięcznie,  wystarczy jeść częściej, małe porcje, odstawić słodycze, ziemniaki, sól, gotowce (akurat nie stanowiły podstawy naszych posiłków – przyp. nasz), panierki i sosy… A także odstawić wszystko, co smażone i jednocześnie nie dogotowywać warzyw… Więc skoro się chudnie, po co katować się jakąś tam gimnastyką… Jakież to proste…
Gdybyśmy dzisiaj  mieli ponownie rozpoczynać Wielkie Odchudzanie – naszym pierwszym krokiem byłby z pewnością krok na stepperze, biegaczu, czy innej bieżni. I to zupełnie nie z zamiłowania do sportu i jakichkolwiek treningów.
Przede wszystkim okazało się, że szybka utrata dużej liczby kilogramów, choć brzmi to dobrze i statystycznie też nieźle wygląda – wcale nie musi być taka fit.  Kolega Dariusz, gdy tracił swoje tłuszczowe zapasy w tempie teleexpressu, chodził dumny jak paw. Zwłaszcza, gdy któregoś dnia znienacka odkrył przed lustrem brak trzech ulubionych rzeczy: swojego podbródka.
Ale szybko nadszedł czas na kolejne odkrycia: jakaś nagle wystająca nie wiadomo skąd, guzowata część mostka,  zapadnięta klata jak u skrzata, zapadający się brzuch i fałdy lekko obwisłej skóry na nim, marne, zwiotczałe niby-mięśnie. Skinny fat to chyba jeszcze nie było, nawet ów brzuch był przez lekarzy oceniany jako niezbyt obwisły –  jednak Kolega Dariusz stał się nagle chuderlawym człeczyną i to w dodatku dość słabowitym. Zupełnie nie wzbudzał respektu na ulicach. A zatem – w perspektywie pojawiła się groźba przymusu uczęszczania na… Hmm…
Inne doświadczenia ma Ela, co może nieco dziwić, gdyż przecież stosowaliśmy te same sposoby, jedliśmy to samo w skali 1:1 – ilościowo i jakościowo… Wszystko tak samo, A jednak u Koleżanki Elżbiety efekty jej diety nie były tak radykalne. Na łazienkowej wadze wyglądało to jeszcze nieźle. Wizualnie jednak, zwłaszcza w porównaniu z Darkiem… (oczywiście w aspekcie zmniejszania masy ciała, nie zaś estetycznym) już nieco gorzej.
Ela wystartowała ze znacznie niższego poziomu BMI, nie była tak napęczniała, „rozlewająca się”, jak Darek. I stąd może złudzenie, że szczupleje znacznie, ale to znacznie wolniej…  Nie miała też żadnych obwisłości, co było spowodowane nie tylko   wolniejszym tempem utraty kilogramów, ale i systematycznymi ćwiczeniami w związku ze schorzeniami kręgosłupa.  Jej ćwiczenia może i są niezbyt efektowne, bo nie wymagają sapania, skakania, biegania, podnoszenia, rwania, stękania, wrzasków bojowych -są jednak  bardzo trudne, absorbujące liczne partie mięśni i wymagające stałego treningu (w każdych warunkach).
Nie one jednak okazały się cezurą. Przełom nastąpił w momencie, gdy Ela odkryła swoje talenty sportowe w pewnym typowo babskim klubie (sieć siłowni tylko dla Pań). Po sprawdzeniu swych możliwości w owym klubie, Elżbieta wpadła w zachwyt. Zaczęła tam systematycznie uczęszczać i szybko pojawiły się efekty. Kilogramy zaczęły tracić się same, wreszcie zdecydowanie szybciej. I był to ubytek bardzo proporcjonalny, sylwetka Eli stała się smuklejsza, nawet chód zrobił się lżejszy, niemal baletowy. Najważniejsza jednak jest poprawa jej samopoczucia i znacznie rzadsze ataki bólu.
Nie od razu to nastąpiło. Musieliśmy pokonać dość duży opór materii. Naszej materii. W nas. Nie bardzo potrafimy wytłumaczyć jak to się stało, że staliśmy się osobnikami w miarę aktywnymi.
Przecież tak bardzo lubiliśmy gry komputerowe, telewizor i popołudniowe drzemki… Wydawało się, że nic i nikt nie zmieni naszych obyczajów…  Przecież od czasu do czasu uprawialiśmy rolę na działce…
A może przyczyną niechęci do aktywności fizycznej było nasze zupełnie irracjonalne przekonanie, że dieta i ruch to alternatywne sposoby odchudzania? Może nieco zabobonne przeświadczenie, że państwu w naszym wieku nie wypada hasać po okolicy w pstrokatych sportowych szarawarach, nie mówiąc o staczaniu ciężkich walk gimnastycznych po lokalnych siłowniach? Bo tuptanie za kosiarką na działce i skubnięcie chwasta lub innego badylka w zupełności wystarczy? A może było to po prostu prozaiczne, pospolite lenistwo? Cóż…
Wróćmy do okresu, gdzie bazowaliśmy na samym jadłospisie i zastanawialiśmy się, czemu tempo naszego chudnięcia jest takie zróżnicowane, i gdy w międzyczasie pojawiły się pierwsze „pelikanki”. Ela, jak przystało na dowódcę podjęła decyzję i rozpoczęła realizację Planu W.
Któregoś pięknego sierpniowego poranka zameldowała się na odkrytej siłowni, w celu uskutecznienia porannej gimnastyki. Towarzyszył jej Klub Kibica w postaci sceptycznie nastawionego męża. I tak przez kilka dni…
A potem ćwiczyliśmy już razem. Siłownie pod dachem, marsze nordic walking. Obecnie Elżbieta przebąkuje coś o jakimś gyrokinesis. Strach się bać.

Nie wracamy z tych treningów wypompowani, wykończeni do granic absurdu. Nie są też nieprzyjemne. Nie robimy niczego na siłę, wyczynowo, z obłędem w oczach. Aczkolwiek mamy niejasne przeświadczenie, że mogło być jeszcze lżej, jeszcze przyjemniej, wręcz bezboleśnie – gdybyśmy w porę  przypomnieli sobie podstawę Piramidy zdrowego odżywiania i ruszyli na bardziej energiczne spacery.

powrót do „Dieta”

 

 

Piramida zdrowego żywienia

Zanim przekonaliśmy się, że to całkiem przydatne narzędzie poskramiania kilogramów musieliśmy pokonać kilka meandrów i pułapek logicznych, na które natknęliśmy się tuż po rozpoczęciu naszej wyprawy do wnętrza piramidy.
”Zdrowe żywienie”… Jak to pięknie brzmi. Zdrowe żywienie polega zapewne na jedzeniu zdrowej żywności.  Doszliśmy zatem do pierwszej rafy: czy takie zjawisko jak zdrowa żywność we współczesnej przyrodzie w ogóle zachodzi? W dobie powszechnej pogoni za obniżeniem kosztów wytwarzania, zwiększania sprzedaży etc. etc? W epoce fosforanów, azotanów, superfosfatów, sterydów dla kurczaków i antybiotyków, tudzież wszelkich wzmacniaczy, utrwalaczy, dymów wędzarniczych, barwników spożywczych?
Przecież nawet ryby morskie, niegdyś bezwarunkowo uznawane za bardzo zdrowe, są ponoć nafaszerowane rtęcią z zanieczyszczonych wód, a poczciwy, swojski szczypiorek z działki – podczas okresu wegetacji narażony na kwaśne deszcze, pyły zawieszone i temu podobne okropieństwa… Dodajmy do tego reminiscencje radosnej twórczości niektórych producentów – dodawanie do wędlin soli drogowej, bo tańsza, rekultywacja płynem Ace, czy innym Javoxem zielonych niczym wiosenna trawa, zapleśniałych szynek i kiełbas, żeby wyglądały prawie jak nowe itd. itp.,
Pierwsze wnioski nie były więc zbyt budujące. Zdrowa żywność… najpewniej na Marsie, ale pod warunkiem, że tam dolecimy, przeżyjemy i cokolwiek wyhodujemy… Na szczęście pojawiła się zbawienna refleksja, że takie myślenie jest krokiem milowym do zachowania status quo, nic nierobienia. Skoro więc nie można przed zchemizowaną  żywnością uciec, można przynajmniej minimalizować jej działanie poprzez czytanie etykiet i odpowiedni dobór produktów. I tu piramida zdrowego żywienia mogła okazać się całkiem pomocna, bo według definicji obejmuje uporządkowane, zhierarchizowane grupy artykułów żywnościowych (wraz z zalecanymi porcjami), które powinny tworzyć nasz dzienny jadłospis.
W odróżnieniu od piramidy Cheopsa nie pochodzi ona z czasów zbyt zamierzchłych – pierwsze koncepcje pojawiły się bodaj w latach 80-tych lub 90-tych XX w.  i były stale modyfikowane, co niestety okazało się dla nas drugą rafą. Czy wierzyć entuzjastom i uznać, że owe zmiany to efekt rozwoju naukowego w oparciu o wyniki badań? Czy raczej przychylić się do opinii sceptyków (których zresztą wcale nie jest tak mało) twierdzących, że przyczyn zmian należy szukać raczej w poczynaniach wszelkiej maści lobby producentów żywności, a nie w efektach jakiejkolwiek działalności badawczej. Cóż, można było nabrać niejakich wątpliwości…  Jednak z pomocą przyszły nam nauki wyniesione jeszcze z dzieciństwa, z czasów edukacji bodaj w szkole podstawowej: jarzyny i owoce są zdrowsze od produktów mącznych, chude mięso od tłustego, najbardziej szkodliwy jest nadmiar cukru. Przypomniała się też często bezskutecznie wpajana zasada, że ruch na świeżym powietrzu to samo zdrowie… I jeżeli przyjrzeć się piramidzie zdrowego odżywiania – okazuje się, że wymienione zasady mają w niej pełne odzwierciedlenie. A czy zaleca się częstsze spożywanie fasoli niż szpinaku ma znaczenie drugorzędne.
I tak kolejna pułapka została pokonana… Już bez przeszkód można było przyjrzeć się koncepcji zdrowego odżywiania i ją zastosować.
Analizę zawartości piramidy prowadzimy od podstawy do wierzchołka (od dołu do góry), przy czym artykuły wymienione na niższych poziomach piramidy można spożywać bez ograniczeń lub bardzo często, zaś im bliżej wierzchołka – tym rzadziej.
W modelu piramidy (opracowanej przez zespół Willetta), który w dużej mierze wykorzystaliśmy jako wzorzec, zagadnienia związane z żywieniem wcale nie rozpoczynają się na pierwszym, tym najniższym, najważniejszym poziomie. Podstawę piramidy stanowi bowiem aktywność fizyczna, która do skonsumowania na podwieczorek raczej się nie nadaje. Aktywność fizyczna… Nie chodzi oczywiście, żeby wyrywać kilkusetkilogramowe ciężary, uczestniczyć w zawodach triathlonu lub biegach maratońskich, walczyć jak lew na siłowni 26 godzin na dobę – w zupełności wystarczy półgodzinny, dość energiczny spacer, w miarę systematyczny (my sobie chodzimy na kije).
Tak jak w przypadku wskazań indeksu nie podeszliśmy do zagadnienia bezkrytycznie. Zastosowaliśmy drobne modyfikacje, dostosowując model żywienia do swoich upodobań, zachowując jednak najważniejsze założenia. W skrócie wygląda to mniej więcej tak:

poziom Iaktywny tryb życiarealizujemy bez zastrzeżeń, uznając go za integralny komponent skutecznej diety
poziom IIprodukty pełnoziarniste, (pieczywo, mąki, kasze), tłuszcze roślinnePełnoziarniste pieczywo, mąki, kasze (gł. gryczaną, jęczmienną) - bez ograniczeń; tłuszcze roślinne - olej z pestek winogron i olej lniany, całkowicie ignorujemy olej sojowy, rzepakowy i kokosowy; podobnie rzecz ma się z margarynami: jak już, wykorzystujemy je przy pieczeniu ciasta; do smarowania pieczywa – nie używamy nigdy; o bardzo zdrowych mixach nawet nie myślimy - do smarowania pieczywa konsekwentnie i z upodobaniem używamy masła
poziom IIIwarzywa i owoce (owoce dozwolone 2-3 razy dziennie)przy doborze warzyw i owoców kierujemy się ogólnymi wskazaniami IG – i to jest główne ograniczenie.
poziom IVrośliny strączkowe i orzechygoszczą na naszym stole 2-3 razy w miesiącu, czyli zdecydowanie rzadziej niż zalecane 2-3 razy dziennie
poziom Vprodukty mleczne lub suplementy wapnia Mniej więcej przestrzegamy zaleceń (1-2 razy dziennie); jednak – zwłaszcza po wysiłku fizycznym raczymy się nimi częściej
poziom VIczerwone mięso, białe pieczywo, makarony, ryż (zalecane jak najrzadsze spożycie).Z białego pieczywa zrezygnowaliśmy; czerwone mięso zjadamy 1-2 razy w tygodniu (ale duszone – nigdy smażone, no i bez panierek); natomiast ryż i makarony ( po 2 czasem i 3 razy w tygodniu)- odmiany o najniższym możliwym IG


Do tego dodajmy jeszcze słodycze i alkohole, artykuły uchodzące za niezdrowe…A my sobie nieco rozrabiamy, jedząc codziennie coś słodkiego. Jest to gorzka czekolada, sezamki, miśki – żelki, ewentualnie sorbety lub lody – gdy temperatura otoczenia na to pozwala, ciasto Elżbiety lub herbatniki. Zrezygnowaliśmy z czekolad mlecznych, nadziewanych, ciastek (zwłaszcza z ciasta francuskiego i tortowych , ciast przekładanych słodkimi kremami, alkoholizowanych). Koneserami alkoholi od lat raczej nie jesteśmy. Odkąd zmieniliśmy  styl odżywiania, pijemy je jeszcze rzadziej – głównie wina, do obiadu lub podwieczorku.
Czy wspomniane gdzieś we wcześniejszych artykułach zbyt obszerne skarpetki to efekt dostosowania menu do zasad piramidy i wymogów IG?  Z pewnością nie tylko. Znowu wypada zwrócić uwagę na wielkość porcji i równomierność posiłków(wciąż uważamy, że to klucz do skutecznego schudnięcia). Przy czym równomierność to nie to samo, co regularność. Wszak Darek w czasach gdy chadzał po świecie w charakterze kuleczki, odżywiał się bardzo regularnie: przepisowe min. 5 posiłków, i to dzień w dzień o tej samej porze… Tyle tylko, że był to czas od godziny 17.-18. do 22.-23., zaś porcje mogły zwalić z nóg słonia… Więc nic dziwnego, że tył sobie w spokoju ducha, również niezwykle regularnie… A wystarczyło tylko zmniejszyć porcje i rozszerzyć pory posiłków na cały dzień. Mniej więcej w równych odstępach…

 

Indeks glikemiczny (IG)

Nie podchodzimy do sprawy ortodoksyjnie, to znaczy nie wyuczyliśmy się indeksu IG na pamięć, nie zmieniliśmy naszego jadłospisu na siłę, nie zaczęliśmy masowo używać wcześniej nieużywanych produktów, bo mają niskie IG lub są modne, polecane itp. Przykładem mogą być zalecane w wielu dietach grejpfruty i chyba nadal trendy olej kokosowy. Zwłaszcza grejpfruty nigdy nie były przedmiotem naszych sennych fantazji i tak pozostało – nawet z powodu rozpoczęcia naszej diety raczej nie mieliśmy okazji ich zajadać. I świat się nie zawalił, dieta nie poszła w diabły… Do tego dodajmy soję (gotowana ma IG=18), olej sojowy i inne produkty na bazie… Soja postrzegana przez nas – może i niesłusznie, jako roślina bardzo podatna na wszelkie manipulacje genetyczne – jest w naszej kuchni Wielkim Podejrzanym, co tak naprawdę oznacza (nie licząc rzecz jasna artykułów, gdzie występuje jako dodatek – bo od tego nie uciekniemy) Wielkiego Nieobecnego: dobrowolnie jej nie spożywamy. I Ziemia z tego powodu nie zaczęła się kręcić w drugą stronę… I zapewne nie zacznie… Podobnie rzecz ma się z margaryną (stosujemy tylko do wypieków, czyli od czasu do czasu), olejem rzepakowym, którego zapach niekoniecznie nam odpowiada… Ot, proza życia.

Założyliśmy, że nasza zmiana sposobu żywienia nie może dawać powodu do uznania jej za skrajnie radykalną, absorbującą. Nie może naszego życia „wywrócić do góry nogami”, wymagać zbyt daleko idących wyrzeczeń, a przez to stać się uciążliwą (pamiętajmy, że jest to jeden z głównych powodów niepowodzeń w odchudzaniu).
Przystępując do ustalania zasad, Ela nie uznała za konieczne dogmatycznego uwzględniania szczegółowych wartości indeksu. W zupełności wystarczył podział ramowy, wyróżniający grupy o niskim IG ≤55, średnim IG =56-69 i wysokim IG ≥70. W praktyce wystarczyło odejść, zwłaszcza na początku odchudzania, od produktów spożywczych z grupy wysokiego IG.
Artykuły tej grupy, nie dość, że mogą, jak się tego bardzo chce, całkiem sprawnie utuczyć, to przede wszystkim mogą powodować wahania glukozy (te nieszczęsne cukry proste, szybko wchłaniające się, więc powodujące szybki wzrost i szybki spadek stężenia glukozy we krwi) – co zupełnie nie sprzyja wyrównywaniu cukrzycy. Z kolei u osób zdrowych – potęgują uczucie głodu (z powodu zwiększonego wydzielania insuliny), co w trakcie diety redukcyjnej zwłaszcza,  niekoniecznie jest zjawiskiem pożądanym przez odchudzającego się delikwenta. OK, bastujemy. Zaczynamy bowiem zachowywać się jak ci, którzy – pytani o aktualną godzinę – ochoczo przystępują do objaśniania budowy zegarka. STOP. Wracamy do Diety Elżbiety.
Obecnie skupiamy się na pilnowaniu, by poszczególne składniki naszych posiłków należały do różnych przedziałów indeksu, także i tego najwyższego. I musimy przyznać, że dawki „wysokiego IG”, aplikowane jednak odpowiednio rzadko i w granicach przyzwoitości też żadnych perturbacji nie powodują.
Trudno jednoznacznie zdefiniować, kiedy taka liberalizacja może nastąpić, czy po miesiącu, kwartale czy po roku odchudzania… Dla nas wyznacznikiem był odpowiednio duży spadek wagi, obniżenie poziomu cholesterolu i ustabilizowanie się poziomów cukru…  Pamiętamy jednak, żeby cały czas zachowywać umiar, umiar i jeszcze raz umiar.

Dieta oparta o indeks pozwala na komponowanie dań wg własnego uznania. Ma jednak kilka mankamentów i uchodzi za trudną do stosowania (co jest w naszym przekonaniu mitem).

Najczęściej wymienianą trudnością jest konieczność obliczania wypadkowego IG posiłku, czynność na pierwszy rzut oka dość żmudna, zwłaszcza na początku. Jednak, jak potwierdzają wszyscy obliczający owe wypadkowe – szybko nabiera się wprawy.  No i rzecz najważniejsza: bezwzględne przestrzeganie indeksu posiłku jest rygorem przede wszystkim dla osób cierpiących na cukrzycę insulinozależną z dużymi wahaniami poziomów cukru (hiperglikemia  i hipoglikemia, uważane za powikłania cukrzycy).
My na szczęście temu rygorowi nie podlegaliśmy, więc mogliśmy pozwolić sobie na orientacyjne ustalanie IG. I to wystarczyło.
Drugą trudnością, i to dość zwodniczą może być zmienność wartości IG dla różnych odmian tego samego produktu (np. kasze, ryże, pieczywo), a także zmienność, zależna od sposobu przyrządzenia (wyższy IG mięsa smażonego niż gotowanego, warzyw gotowanych – niż IG  warzyw al’dente lub surowych itp.). Trzeba po prostu o tym fakcie pamiętać.
Bardziej szczegółowe zestawienie naszego menu znajduje się w artykule Elżbiety „Dieta – odchudzanie” ([w]: Blog Eli). Bywa ono pomocne zwłaszcza w początkowej fazie odchudzania.

Musimy wszakże być świadomi, że zmiana stylu żywienia oparta tylko o indeks wcale nie musi być skuteczna, gdyż IG odnosi się wyłącznie do zawartości węglowodanów i kompletnie nie dotyczy „wroga klasowego nr 2” odchudzających się – tłuszczu, zwłaszcza zwierzęcego.

I dlatego właśnie drugim wyznacznikiem naszej diety, i to zdecydowanie nie z powodu nagłego upodobania do wszelkich dań jarskich – jest
Piramida zdrowego żywienia

Sałatka z warzyw gotowanych al’dente

2 porcje
Składniki
2-3 szt.marchew
2-3 szt.pietruszka korzenna
1 szt.seler mały (lub1/4 dużego)
1 szt.czerwona papryka
2-3 szt.ogórki kiszone
sos musztardowy, natka pietruszki, ulubione przyprawy
Sposób przygotowania
umyte marchewki, piertuszki i seler gotujemy "w mundurkach" -bez obierania. Gotujemy je al'dente wyciągamy na talerz i studzimy. Następnie obieramy i kroimy w kostkę
Dorzucamy pokrojoną w kostkę czerwoną paprykę i ogórki kiszone.
Wszystko mieszamy z pieprzem i ulubionymi przyprawami
Uwaga na sól. Sos musztardowy i ogórki kiszone zaostrzają smak
Przed podaniem mieszamy z sosem musztardowym
Sos musztardowy
2-3 łyżki jogurtu naturalnego lub śmietany 10% - 12% wymieszać z 2-3 łyżeczkami musztardy (należy rozrobić w osobnym naczyniu tak, aby konsystencja była dość ścisła)
Ten typ sałatki można podać do obiadu, zarówno do mięs, jak i do ryby

Gotowe. Smacznego!

Surówki i sałatki